Pozwól wziąć się pod ramię i poprowadzić Hollywoodzką Aleją Gwiazd...

wtorek, 27 stycznia 2015

1. O tym, jak zgubiłam się w Labiryncie, a Loki mnie odnalazł/ Prisoners (2013)


Gatunek: Thriller
Reżyseria: Denis Villeneuve
Produkcja: USA

Moja mama jest wielką fanką opowieści z dreszczykiem i kryminalnych zagadek, nic więc dziwnego, że i w moich żyłach płynie krew żądnego wrażeń widza. Dawniej namiętnie oglądałyśmy każdą szmirę klasy Z, jeśli tylko w programie telewizyjnym ometkowana została jako thriller. Niemal żadne z filmowych zwrotów akcji nie zaskakiwały, co wprawiło mnie w samozachwyt i dało pewność, że jestem cudownym dzieckiem o IQ Einsteina.
Niestety, wkrótce potem byłam zmuszona przełknąć gorzką pigułkę – przewidywalne wydarzenia nie miały nic wspólnego z geniuszem mojego umysłu, były wynikiem słabo skonstruowanego scenariusza. 
Podrosłam, ale zamiłowanie do mrocznego klimatu nie uleciało razem z ostatnimi mlecznymi zębami. Nauczyłam się jednak wyławiać diamenty spośród całej palety kolorowego szkła. 
Prawdziwego kinomana coraz trudniej zaskoczyć. Scenarzyści powtarzają ograne schematy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Każdy z nas dobrze wie, że odgrzewane kotlety nie smakują najlepiej, toteż gdy na moim filmowym talerzu pojawia się świeże danie, doceniam je podwójnie.

Labirynt już przed obejrzeniem kusi doskonałą obsadą i pozytywnymi opiniami, zawyżając poprzeczkę oczekiwań. Historia wydaje się nadzwyczaj prosta: dwie sześcioletnie dziewczynki zostają porwane prosto z podwórka. Mamy więc zrozpaczonych rodziców w liczbie cztery, mamy flegmatycznego detektywa i pierwszego podejrzanego. Sprawa wydaje się być na najlepszej drodze do szybkiego wyjaśnienia już na początku filmu. Dlaczego w takim razie od pierwszej minuty towarzyszyło mi uczucie niepokoju i nie opuszczało nawet w momentach, kiedy na ekranie niewiele się działo?
Na tym właśnie polega magia dobrego thrillera – trzyma w napięciu od intra aż po napisy końcowe. Oglądający ma wrażenie, że nawet jeśli oderwie od telewizora oczy na mikrosekundę, może mu umknąć coś ważnego. W większości przypadków uważam filmy trwające ponad dwie godziny za zbyt długie, jednak czas trwania Labiryntu działa na jego korzyść. Historia jest kompletna, niczego w niej nie brakuje, uniknięto również niepotrzebnych dłużyzn.

Na świat przedstawiony w filmie spoglądamy przez dwie pary oczu: zrozpaczonego i rozdartego desperacją ojca (Hugh Jackman) jednej z dziewczynek i detektywa (Jake Gyllenhaal), który z początku sprawia wrażenie w ogóle nie zainteresowanego sprawą. Mamy tutaj zderzenie dwóch skrajnie różnych indywidualności, podejście osobiste i profesjonalne. Obydwaj bohaterowie mogą denerwować widza – detektyw Loki wydaje się ślamazarny, Keller Dover zaś w gorącej wodzie kąpany i nieufny wobec metod policji. Wszystkie te odczucia odchodzą jednak na bok, kiedy wraz z rozwojem akcji zagłębiamy się w psychikę bohaterów i chcąc, nie chcąc stawiamy samego siebie na ich miejscu.

Polski tytuł odnosi się bezpośrednio do treści filmu, ale dla mnie osobiście ma on także znaczenie metaforyczne. Już w pierwszych minutach seansu sama zagłębiłam się w gęste żywopłotowe alejki, a w każdym korytarzu czekała na mnie niespodzianka: wątek księdza ukrywającego w piwnicy ciało, niedorozwinięty chłopak jako główny podejrzany, nielegalne działania Kellera, bezdzietny mężczyzna regularnie kupujący dziecięce ubrania. Na pierwszy rzut oka zdaje się, że wyjść z labiryntu jest mnóstwo, lecz tak naprawdę każda alejka kończy się ślepą uliczką. Wędrówka po krzaczastym więzieniu nie dawała wytchnienia – labirynt bardziej przypominał próbujący skrzywdzić zawodników twór z Harry’ego Pottera i Czary Ognia, niż stateczną ogrodową ozdobę.
Zwroty akcji w filmie występują wielokrotnie i niemal za każdym razem są zaskakujące (niemal, ponieważ za jednym razem udało mi się przewidzieć przebieg dalszej akcji).
Reasumując, nie miałam pojęcia w jaki sposób zostanie zakończone śledztwo i razem z bohaterami miotałam się w mnogości wyborów, póki detektyw David Loki nie wziął mnie za rękę i nie wyprowadził z tłamszącego więzienia.

O aktorstwie słów kilka. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się kreacja Jake’a Gyllenhaala. Być może odgrywana przez niego postać nie wzbudza wielu ciepłych uczuć, nie można odmówić jej jednak płynności i konsekwencji. Jake Gyllenhaal magnetyzuje, gra każdym mięśniem. We wszystkich scenach z jego udziałem możemy obserwować charakterystyczne mrugnięcia i niespieszny, zupełnie nietypowy dla policjanta chód. Kiedy trzeba, twarz aż kipi emocją.
Warto także zwrócić uwagę na wschodzącą gwiazdę, Paula Dano, odgrywającego rolę pierwszego podejrzanego o uprowadzenie dziewczynek. Do tej pory miałam okazję widzieć go w trzech produkcjach i już w pierwszej przykuł moja uwagę. Z pewnością będę obserwować rozwój jego kariery.
Reszta obsady radzi sobie poprawnie, Hugh Jackman z klasą, do której nas przyzwyczaił.

Uważam Labirynt za jeden z najlepszych thrillerów ostatnich lat. Dlaczego? Ponieważ spełnia wymogi gatunku, trzyma w napięciu  i jest nieprzewidywalny. W swoim gatunku wypada lepiej niż zeszłoroczna, bardziej doceniana Zaginiona dziewczyna, która w mojej opinii lepiej radzi sobie, jeśli ocenimy ją w kategorii dramatu.
Jeśli masz trochę czasu i jesteś fanem zaskakujących historii, Labirynt z pewnością przypadnie Ci do gustu.

Moja ocena: 9/10 
Ocena w serwisie Filmweb.pl: 7,8
IMDb rating: 8,1

Z WYMIENIONYMI AKTORAMI WARTO ZOBACZYĆ:

JAKE GYLLENHAAL: 
-DONNIE DARKO, 
-TAJEMNICA BROKEBACK MOUNTAIN

PAUL DANO:
- RUBY SPARKS